niedziela, grudnia 31, 2017

Podsumowanie miesiąca - GRUDZIEŃ 2017

Podsumowanie miesiąca - GRUDZIEŃ 2017

*Za moment  koniec 2017 roku i wszyscy wokół piszą podsumowania. A ja nie jestem dobry w tego typu zestawieniach, więc u mnie kilka słów o grudniu i trochę więcej o tym, jak widzę swój blog (i siebie oczywiście też) w trzecim roku działalności Nowalijek. 

*Od września dopadł mnie kryzys czytelniczo - blogerski. Więcej obowiązków w pracy, co w moim przypadku oznacza więcej pracy w domu, przymus czytania zaległości, bo wydawnictwa (hipotetycznie) czekają i ogólna niechęć do tzw. blogosfery negatywnie wpłynęły na kondycję bloga, choć mam zapewnienia, że tego nie widać. Na szczęście spadek formy mija i działam dalej. Ciekawe, na ile tym razem wystarczy mi siły oraz cierpliwości.


*Przeczytałem osiem książek, zrecenzowałem siedem. I coś mi się wydaje, że taka liczba jest optymalna i na miarę moich możliwości. 
Aby przejść do recenzji, wystarczy kliknąć w tytuł.

1. Jorn Lier Horst Gdy morze cichnie
2. Jozef Karika Strach - patronat
3. Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński Pudełko z marzeniami
4. Bartosz Szczygielski Krew - recenzja oficjalna dla LC
5. Tadeusz Biedzki Ostatnie srebrniki
6. Carla Montero Zimowy wiatr na twojej twarzy - recenzja dla LC
7. Corrie Jackson Fashion Victim - premiera 17.01.2018

Przeczytałem także Kobietę w oknie A.J. Finn, ale o tej powieści 
napiszę już po Nowym Roku.


*Serialowo? Dark od Netflixa. Zaskakująco dobra, klimatyczna produkcja (niemiecka tym razem), dla fanów historii nieoczywistych, pokręconych, wymagających skupienia. Bardzo odświeżające doświadczenie, odpoczynek od produkcji amerykańskich, czy brytyjskich. Wprawdzie finał sezonu mnie osobiście rozczarował, ale już wypatruję obiecanej kontynuacji, ponieważ niby sporo się wyjaśniło, ale w rzeczywistości nie wyjaśniło się nic. Na zagranicznych forach można przeczytać, że aby zrozumieć Dark, trzeba bardzo uważnie obejrzeć go dwa razy, żeby wyłapać wszystkie drobiazgi, upchane przez twórców w fabule. I niech to będzie dla Was najlepsza rekomendacja. Na powtórkę nie znajdę czasu, ale na nowy sezon - z pewnością.

Zanim zabiorę się za nowe tytuły, obiecałem sobie, że najpierw dokończę te, które aktualnie oglądam. Jak na razie udaje mi się dotrzymać, danej sobie, obietnicy. 


*Instagramowe podsumowanie roku nie wypadło najgorzej, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że udało mi się zebrać 200 000 serduszek. No ale algorytmy nie kłamią. Ba, skutecznie ucinają zasięgi, dzięki czemu to, co widzicie w podsumowaniu, to zdjęcia do połowy roku. Potem moje fotki bardziej mi się podobają, ale Instagram wie lepiej. I wszystko wskazuje na to, że tak już pozostanie. Póki co, nie mam zamiaru dokładać się do tego interesu i płacić za promocję konta. 


*W grudniu na moment do Krakowa wpadła Magdalena Knedler i zdążyła podpisać dwa egzemplarze swojej powieści. Rozdanie z Nie całkiem białym Bożym Narodzeniem okazało się rekordowym konkursem na moim FB. 


*Na Instagramie i Facebooku mam Was trochę ponad 8 000, a bloga odwiedziło 185 000 czytelników. I dla mnie są to liczby kosmiczne. Kosmiczne! 

* W grudniu 2015 roku recenzowałem między innymi ...


*A w 2016 ... 


*Muzycznie? Oczywiście świątecznie, ale w tym roku postawiłem na stare bożonarodzeniowe szlagiery, więc było swingująco. Przy okazji polecam Wam brytyjskie trio The Puppini Sisters, ja jestem ich fanem od bardzo dawna. 


Poniżej mała próba ich możliwości - nieśmiertelny Mr Sandman ... 
Te piosenki (głównie covery) fajnie bujają i jeszcze lepiej poprawiają nastrój.



*Barbra Streisand zdążyła przed świętami z nową/starą płytą. Czyli zrobiła mi prezent - jak co roku ;) 


*A skoro o prezentach mowa ... to dzięki instagram.com/mojefilmydvd miałem okazję obejrzeć Dunkierkę Christophera Nolana i w mojej serialowej kolekcji pojawił się VII sezon Gry o tron. Dziękuję! 



*W grudniu przeszedłem (wreszcie) na własną domenę. Końcówki .pl i .com były już zajęte, ale .com.pl na szczęście nie. Naturalnym krokiem powinno być wykupienie serwera i przeniesienie bloga na swoje. Zmiana adresu okazała się banalnie prosta, ale całej przeprowadzki już trochę się boję... Skąd taka decyzja? To była ucieczka do przodu, bo jak napisałem na początku tego podsumowania, kryzys dał mi się bardzo we znaki. Ten czytelniczy to w sumie nic nowego, ale blogerski okazał się zaskoczeniem. Odechciało mi się nie tylko czytać, ale i pisać. Mocno zastanawiałem się nad kontynuacją Nowalijek i własny adres odsunął myśl o zamknięciu tego interesu. 

Nie jest żadną tajemnicą, że prowadzenie bloga i kont w mediach społecznościowych zabiera dużo czasu - więcej, niż może się wydawać. Oprócz książek jest życie i praca, teatr, film, serial i cała gama atrakcji, jakie daje życie w dużym mieście. A tu nagle okazuje się, że wszystko kręci się wokół książek. Co pierwsze, co może poczekać? Są takie momenty, że nowości płyną wartkim strumieniem i naprawdę trudno ustalić sobie jakieś priorytety. Z racji zawodu i zainteresowań klasykę mam już dawno przeczytaną, nie sięgam po to, co mniej mnie interesuje, ale i tak nie znalazłem sposobu, aby nadążyć ze wszystkim. W końcu ile książek w miesiącu trzeba przeczytać, aby być na bieżąco? 10? 20? Oczywiście są takie osoby, które czytają jeszcze więcej, ale ja do nich nie należę. W 2018 roku wysiadam z tego, pędzącego nie wiadomo gdzie, pociągu. I tak nie jestem w stanie być na czasie ze wszystkimi nowościami. Doszedłem w pewnym momencie do ściany - czytanie, które towarzyszy mi od dziecka - przestało być przyjemnością, stało się przykrym obowiązkiem. Na szczęście wyłapałem ten moment i sukcesywnie wprowadzam program naprawczy. 

Przechodzę na rytm slow - wolnego czytania we własnym tempie. Raz pewnie będzie lepiej, raz pewnie gorzej. Trudno. Małem sporo czasu, aby sobie to wszystko przemyśleć. Nie mam ambicji (ani warsztatu, ani możliwości) wpływać globalnie na gust innych ludzi. Dlatego czytam to, co mi odpowiada i piszę o książkach tak, jak umiem i jak czuję. Poprawiam, szlifuję i choć nie zawsze jestem z siebie zadowolony, to jednak czytacie mnie i ufacie moim ocenom, a to jest dla mnie największy komplement i kop do dalszej działaności. Żeby było jasne - znam swoje miejsce w szeregu, jest mi dobrze tu, gdzie jestem i mam nadzieję, że tego wpisu nie odczytujecie, jako wyrazu megalomanii (albo innej sodówki). 

Od połowy roku nie piszę już do wydawnictw z prośbą o książkę do recenzji. Wychodzę z założenia, że jeśli książka będzie chciała do mnie trafić, to trafi. Jeśli nie, to nie. Brutalna prawda jest taka, że 90% tytułów, które mnie interesują, znajdę na Legimi, za które płacę abonament w cenie okładkowej (bez rabatów). Resztę jestem w stanie sobie kupić, albo machnąć ręką (kupię i przeczytam za 10 lat). Oczywiście miło jest dostać egzemplarz, ale sami wiecie, że często to wersja próbna, a o finalną trzeba dodatkowo prosić ... Pewnie, że dobrze na IG dobrze wyglądają stosy nowości, ale półki w domu nie są z gumy i dochodzi do tego, że trzeba pozbyć się kolejnych tytułów. A to bywa bolesne. Zauważyłem także, że recenzje przedpremierowe nie cieszą się takim powodzeniem, jak można było tego oczekiwać. Czytelnicy chętniej sięgają po taki tekst już po premierze powieści, albo po tym, jak sami konkretną książkę przeczytali. I ja to rozumiem, nigdy nie zaglądam do zaprzyjaźnionych blogerów, zanim nie napiszę własnego tekstu, nie chcę się sugerować. A często bardzo się różnimy w osądzie danej opowieści i to dopiero jest dobre, ponieważ może stanowić przyczynek do dyskusji. 

Podziękowałem także za współpracę niektórym wydawnictwom. Zostaję z tymi, które oprócz wysłania książki i oczekiwania na recenzję, potrafią zbudować fajną więź z blogerem i docenić jego bezpłatną (barter brzmi chyba lepiej) pracę na rzecz promocji konkretnego tytułu. Ponieważ na życie zarabiam gdzie indziej, nie muszę godzić się na warunki, które mi nie odpowiadają. Tego, między innymi, nauczyłem się po prawie trzech latach obecności w blogosferze. Nastolatkiem nie jestem od bardzo wielu lat i nie chcę być tak traktowany. A zdarzało mi się poczuć się jak podfruwajek, któremu ktoś łaskawie wyśle książkę. A potem zażyczy sobie, aby mój tekst znalazł się w iluś tam księgarniach internetowych. Oczywiście, to często istotny warunek współpracy - rozumiem to doskonale, ale nie muszę się godzić. Dlatego odmawiam i nie mam pretensji, jeśli jakiś tytuł do mnie nie trafia. Biznes to biznes. Dla obu stron, tak mniemam. 

W 2018 chcę wejść z czystą kartą (choć także ze stosami zaległości), czytać i pisać tyle, na ile pozwolą mi czas i chęci. Nowalijki, choć zabierają sporo czasu i energii, są już częścią mojej codzienności i chyba trudno byłoby mi z nich zrezygnować, ale czasem urlop jest wskazany i nie omieszkam się z niego skorzystać.  Czas pokaże, czy uda mi się wytrwać w trybie slow, ale bardzo będę się starał i wiem, gdzie i u kogo szukać wsparcia. Bo obecność w mediach społecznościowych i blog to niepowtarzalna okazja spotkania Was wszystkich i każdego z osobna. 

Fajnie, że jesteście i, mam taką nadzieję, będzie ze mną również w Nowym Roku.



Na dziś to tyle - dziękuję za odwiedziny i komentarze.
Pozdrawiam Was serdecznie!
Tomek

sobota, grudnia 30, 2017

Corrie Jackson "Fashion victim"

Corrie Jackson "Fashion victim"

O tym, że świat mody od zawsze sprzedaje ułudę i obietnicę lepszego życia, nikogo chyba nie trzeba dziś przekonywać. Kolorowe magazyny na okładkach reklamują rzeczywistość, która tyle ma wspólnego z realizmem, ile sklepowy manekin z prawdziwym człowiekiem. Jednak dajemy się skusić na obietnicę poprawy samopoczucia, wydając pieniądze na kolejne ubranie, albo niezbędny do życia dodatek. Autorzy powieści kryminalnych także  nie omijają modowego światka, umieszczając wśród pięknych, szczupłych i bogatych akcję kolejnej powieści. 

Corrie Jackson na swój debiut wybrała popularny gatunek, jakim jest thriller, którego bohaterowie związani są z biznesem modowym. Fashion Victim to pierwsza część z serii o dziennikarce Sophie Kent, która ma talent do ładowania się w niezłe tarapaty. Autorka, która przez wiele lat pracowała jako dziennikarka, zna od podszewki nie tylko branżę modową, ale i znakomicie orientuje się w funkcjonowaniu mediów. Wiedzę z obu dziedzin wykorzystała w swojej historii. 

Sophie Kent jest ambitną dziennikarką The London Herald. Podczas dziennikarskiego śledztwa spotyka młodą dziewczynę, aspirującą modelkę. Natalia pomaga Kent w pewnej sprawie i kiedy na moment przed rozpoczęciem Londyńskiego Tygodnia Mody zostaje zamordowana, dziennikarka czuje się współodpowiedzialna za to nieszczęście. Reporterskie przeczucie każe jej rozpocząć własne śledztwo i jak nietrudno się domyślić, że im głębiej grzebie, tym mroczniejsze sekrety odkrywa. Nieostrożnym zachowaniem Sophie sprowadza na siebie coraz to większe kłopoty. 


Fashion Victim nie jest z pewnością książką, która do tematu thrillera i kryminału wprowadza nową jakość. Wydaje mi się, autorom coraz trudniej jest zaskoczyć czymś czytelnika, ponieważ gatunek jest na tyle popularny, że wiele chwytów zostało już wielokrotnie wykorzystanych. Corrie Jackson postawiła zatem na kreację głównej bohaterki i to właśnie Sophie Kent jest tym haczykiem, na który złapie się czytelnik omawianej książki. O młodej dziennikarce wiemy tyle, że wróciła do pracy po osobistej tragedii, a jej posada w gazecie nie jest bardzo stabilna, gdyż prasa papierowa od dawna przechodzi kryzys. Dlatego Kent musi być (i jest) przebojowa, pewna siebie i zadziorna. Ma znajomości, jest lubiana i tym samym wiele drzwi udaje się jej otworzyć. Poznanie prawdy o śmierci Natalii okaże się dla Sophie bardzo niebezpieczne, ale i na swój sposób interesujące. Tropy prowadzą do ludzi z branży modowej, w której - jak się okazuje - wszystkie chwyty są dozwolone. Na styku mody i sensacji bardzo wiele może się wydarzyć, a każde potknięcie da się przerobić w wydarzenie. Nie szkodzi, że tylko jednodniowe - grunt, że media społecznościowe jednego, a prasa drukowana drugiego dnia mają pożywkę. 

Wspomniałem, że Corrie Jackson przez wiele lat pracowała jako dziennikarka, pisząc także o modzie. Dlatego, choć jej debiut to fikcja literacka, całość brzmi bardzo autentycznie. Można nawet próbować zgadywać, które z wątków mają umocowanie w rzeczywistości. Fabuła Fashion Victim jest przemyślana, zbrodnia dopracowana, a nawiązanie do wstydliwych poczynań ludzi z pierwszych stron plotkarskich magazynów dodaje całości pikanterii. Autorka odsłania nie tylko kulisy tygodnia mody, ale i zagląda do redakcji ogólnokrajowego dziennika, którego redaktorzy muszą dostarczyć czytelnikom odpowiednio sensacyjnych materiałów napisanych w taki sposób, aby uniknąć pozwów. I jeszcze przyczynić się do wzrostu sprzedaży gazety. 

Warto sięgnąć po debiutancką powieść Corrie Jackson, nawet jeśli nie zwraca się uwagi na najnowsze trendy ze światowych wybiegów. Fashion Victim to dynamicznie i sprawnie napisana historia, w sam raz na długie zimowe popołudnie. Typowa literatura gatunkowa, niezbyt odkrywcza, ale jednak wciągająca. Z zakończeniem, które bardzo lubię, ponieważ ciąg dalszy nastąpi... A nawet nastąpił, ale jeszcze nie po polsku. Jeszcze nie. 


źródło: www.gwfoksal.pl
Informacje o książce

autorka Corrie Jackson
tytuł Fashion Victim
tytuł oryginału Breaking Dead
przekład Agnieszka Wyszogrocka - Gaik

wydawnictwo W.A.B.
miejsce i rok wydania Warszawa 2018
liczba stron 384

egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 4+/6




za udostępnienie egzemplarza do recenzji przedpremierowej.







wtorek, grudnia 26, 2017

CARLA MONTERO "Zimowy wiatr na twojej twarzy"

CARLA MONTERO "Zimowy wiatr na twojej twarzy"

Carla Montero jest pisarką, której twórczości nie trzeba specjalnie przedstawiać polskiemu czytelnikowi. Szmaragdowa Tablica, Wiedeńska gra i Złota skóra to powieści, które spotkały się w Polsce z pozytywnym, jeśli nie bardzo dobrym, odbiorem. Do zestawu ulubionych tytułów z pewnością dołączy najnowsza książka hiszpańskiej autorki - Zimowy wiatr na twojej twarzy.  Napisana z iście epickim rozmachem, powieść z pogranicza gatunków dostarcza całej gamy emocji i pokazuje, że w obliczu wielkiej historii, człowiek i jego wybory nie są tak istotne dla losów świata, jakbyśmy sami tego chcieli. Wobec życiowych zawirowań jesteśmy zdani na samych siebie, niezależnie od tego, ile osób nas otacza. Przekonali się o tym bohaterowie książki Carli Montero. Fabuła Zimowego wiatru na twojej twarzy została zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami z dziejów rodziny autorki, która tym samym potwierdziła, że najbardziej nieprawdopodobne zbiegi okoliczności nie powstają w głowie pisarza, ale dyktuje je życie. 

Wszystko zaczyna się latem 1927 roku, kiedy w górach Asturii rozbija się niewielki francuski samolot. To wydarzenie - tragiczne, ale znów nie takie odosobnione, na zawsze zmieni życie pewnej ubogiej hiszpańskiej rodziny. Przybyła na miejsce wypadku polska hrabina, od lat mieszkająca we Francji i jak się okaże - żona zmarłego w wypadku pilota, postanawia odwdzięczyć się młodziutkiemu Guillenowi Alvarezowi, który jako pierwszy dotarł do rozbitego samolotu. Proponuje mu wyjazd do Lyonu, gdzie miałby chodzić do szkoły a w przyszłości pracować dla hrabiny, bogatej właścicielki fabryki samolotów. I choć bohater podświadomie czuje, że ten epizod na zawsze zmieni jego życie, nie wie nawet, jak bardzo. Rozłąka z przyrodnią siostrą Leną uświadomi mu, co tak naprawdę do niej czuje, a uwikłanie w dziejącą się tu i teraz historię uzmysłowi chłopakowi, że pewne decyzje podejmuje się w życiu tylko raz. 

Zimowy wiatr na twojej twarzy to powieść z pogranicza gatunków. Obok wątków obyczajowych i romansowych (a momentami nawet melodramatycznych) ogromną rolę odgrywa, bogato nakreślone, tło historyczne. Fabuła książki obejmuje lata dwudzieste i trzydzieste, wojnę domową w Hiszpanii, II wojnę światową i kończy się w roku 1950. Klamrę spinającą opowieść stanowią Prolog i Epilog, umiejscowione w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Autorka zaludniła karty swojej książki całą galerią postaci, od mieszkańców hiszpańskiej wioskipocząwszy, poprzez bojowników z czasów wojny domowej, na polskich partyzantach skończywszy. Akcja rozgrywa się we wspomnianej już Hiszpanii, ale także we Francji, Związku Radzieckim i okupowanej Warszawie. Tak przy okazji, wątek polski w powieści jest mocno wyeksponowany i stanowi istotny dla opowieści element fabuły. Można zatem bez większej przesady napisać, że nowa powieść Carli Montero ma naprawdę epicki rozmach, który docenia się po przeczytaniu prawie siedmiuset stron historii Leny i Guillena. Losy tych dwojga schodzą się i rozchodzą, splatają z wydarzeniami historycznymi, by za moment rozdzielić się na wiele miesięcy. W ich biografiach, jak w lustrze, odbijają się dzieje setek tysięcy ludzi, którzy w niespokojnych latach wojny, stawali po dwóch stronach barykady, skonfliktowani wbrew sobie, ale pełni wiary w wyznawane poglądy. 


Carla Montero wyraźnie podkreśla w posłowie, że pierwowzorów swoich bohaterów dopatrzyła się w rodzinnych opowieściach. Co ciekawe, te sytuacje w powieści, które wydają się mało prawdopodobne, nie zostały przez nią wymyślone, ale wydarzyły się naprawdę. Autorka niezwykle sprawnie połączyła fikcję literacką z prawdą historyczną, czyniąc swoją opowieść tak samo wciągającą jak autentyczną. Początkowo niełatwo połapać się w skomplikowanych  relacjach między coraz to nowymi bohaterami i wątkami. Wejście w świat powieści utrudniają także zawiłości polityczno - historyczne, bez zrozumienia których niełatwo jest ocenić postępowanie bohaterów. Co ważne, Montero, choć polaryzuje swoich bohaterów, nie dzieli ich na tylko dobrych i  tylko złych. Pokazuje, że wybory determinują zachowania i postawy, ale zawsze wynikają z wewnętrznego przekonania, a także głębokiej wiary w słuszność podejmowanych decyzji. Ani Lena, ani Guillen, nie są postaciami bez wad, oboje jednak doświadczyli w życiu tyle (głównie złego, niestety), że jednoznaczna ich ocena jest niezwykle trudna. A może nawet niepotrzebna, kiedy uświadamiamy sobie, że w sytuacji wyboru między własnym szczęściem a potrzebami wyższej rangi, z pewnością też nie potrafilibyśmy podjąć jedynie słusznych decyzji. A i tak nasze poczynania okazałby się, dla wielu, mocno dyskusyjne.

Zimowy wiatr na twojej twarzy dostarczył mi podczas czytania tego, czego wciąż niezmiennie oczekuję od literatury. Emocji. I to całej ich gamy, ponieważ Carla Montero stworzyła galerię bohaterów, którym udało się uniknąć papierowej bezpłciowości. Są więc porywy uczuć i namiętności, gorące wyznania, dramatyczne koleje losu. Budowane na kruchych fundamentach lat wojny szczęście to towar wysoce reglamentowany, ale warto o nie walczyć ze wszystkich sił. I choć od liczby bohaterów, czy spiętrzenia wręcz (nie)prawdopodobnych zdarzeń może zakręcić się w głowie i tym samym pojawić się uczucie przesytu, to jednak zdecydowanie warto sięgnąć po nową powieść Carli Montero. Nie tylko docenia ona niezłomność człowieka w nierównej walce z historią, ale i przywraca wiarę w literaturę, która wciąż potrafi wywoływać emocje. 


źródło: www.empik.com
Informacje o książce

autorka Carla Montero
tytuł Zimowy wiatr na twojej twarzy
tytuł oryginału El invierno en tu rostro
przekład Wojciech Charchalis

wydawnictwo Dom Wydawniczy Rebis
miejsce i rok wydania Poznań 2017
liczba stron 688

egzemplarz recenzencki
recenzja dla portalu www.lubimyczytac.pl
Nowalijki oceniają 5/6




Dziękuję Wydawnictwu Rebis za udostępnienie egzemplarza 
do recenzji


niedziela, grudnia 17, 2017

Tadeusz Biedzki "Ostatnie srebrniki"

Tadeusz Biedzki "Ostatnie srebrniki"

Niby wiadomo, że książki nie ocenia się po okładce, a entuzjastyczna notatka wydawcy niekoniecznie musi pokrywać się z rzeczywistością w tekście, ale wciąż daję się nabierać na wypróbowane tricki. Takie odczucie towarzyszy mi po lekturze nowej powieści Tadeusza Biedzkiego, którego Ostatnie srebrniki miały potencjał na niezły przebój, ale okazało się, że pomysł nie poszedł w parze z wykonaniem. Co więcej, połączenie sensacyjnych wydarzeń z aktualną sytuacją polityczną w Polsce, wydało się dla mnie mało przekonujące i to pisząc bardzo delikatnie. 

Podczas pobytu autora (i jednocześnie narratora) na wakacjach w tureckiej części Nikozji, jego żona kupuje od lokalnego sprzedawcy piękną, starą szkatułkę. Oboje nie wiedzą jeszcze, że drewniany artefakt kryje w sobie tajemnicę i przekleństwo, którego moc nie zmniejszyła się nawet po wielu wiekach. Kilka miesięcy później para jest świadkiem bestialskiego morderstwa księdza, zabitego w barcelońskiej katedrze. W toku śledztwa okazuje się, że za tym czynem stoi tajemnicza i potężna organizacja, której celem jest zdyskredytowanie kościoła katolickiego w Europie. Niczego nieświadome małżeństwo posiada szkatułkę, która łączy biblijne wydarzenia z Jerozolimy z współczesnymi atakami terrorystycznymi w Europie. Śledztwo, prowadzone na szeroką skalę, wciągnie bohaterów w śmiertelnie niebezpieczną grę.

Już zalążek fabuły Ostatnich srebrników nasuwa skojarzenia z twórczością Dana Browna, a w kwestii historii nawet z Umberto Eco.  Wydarzenia w powieści Tadeusza Biedzkiego rozgrywają się dwutorowo - jednocześnie we współczesnej Europie oraz na przestrzeni stuleci, począwszy I wieku w Jerozolimie. Czytelnik poznaje historię tajemniczej szkatułki, w której ukryte są tytułowe srebrniki oraz śledzi aktualną sytuację pary głównych bohaterów. Im dalej w fabułę, tym wyraźniej widać związek wydarzeń z przeszłości z tym, co dzieje się tu i teraz. Małżeństwo przemieszcza się po Europie, poznaje ludzi, którym musi zaufać, ale bez gwarancji, że nie okażą się zdrajcami. Pętla kłamstw i przeinaczań zaciska się wokół nich, a im bliżej finału, tym jest niebezpieczniej. 


Ostatnie srebrniki to przykład powieści, która miała spory potencjał, ale sposób wykonania sprawił, że w mojej ocenie został on zmarnowany, w najlepszym razie niewykorzystany. Nawiązanie do Dana Browna dla jednych czytelników będzie rekomendacją, dla innych powodem, aby po książkę Tadeusza Biedzkiego nie sięgać. Ja Browna czytam i nie przeszkadza mi jego specyficzny styl, dlatego liczyłem, że może odnajdę go w Ostatnich srebrnikach. Autor oczywiście nawiązuje, pisząc opowieść z pogranicza sensacji i kryminału, dorzuca mocny wątek historyczny (stąd pewnie wspomnienie o Eco), ale całość nie zachwyca. Rozpisana na trochę ponad dwieście stron fabuła razi uproszczeniami, bohaterowie są płascy, właściwie niczego o nich nie wiemy poza tym, że swobodnie podróżują po Europie, łatwo nawiązują kontakt z różnymi uczonymi i jakoś tak bezproblemowo (właśnie w stylu Browna) wychodzą z każdej opresji. Uważam zresztą wątek współczesny za słabiej napisany w porównaniu do części historycznej, która autorowi wyszła zdecydowanie lepiej. Wprawdzie momentami trudno nie odnieść wrażenia, że wiedza o przeszłości jest za bardzo encyklopedyczna, to jednak dzieje szkatułki pokazują, że ludzie od zawsze zachowują się tak samo. Nie ma znaczenia epoka i status społeczny kolejnych właściciel artefaktu - liczy się chęć zysku i posiadania. Idąc śladem wspominanego już Dana Browna autor wplata w wydarzenia teorię spiskową. I jak szanuję poglądy innych, tak powiązanie fikcji z konkretnymi wydarzeniami w Polsce i sposób, w jaki Tadeusz Biedzki o nich pisze - kompletnie mnie nie przekonuje. Nie po to sięgam po fikcję literacką, żeby czytać jednoznacznie ukierunkowane wywody. Od tego mam inne źródła, z których mogę, ale wcale nie muszę skorzystać. 

Lektura Ostatnich srebrników, choć krótka, okazała się dla mnie mało satysfakcjonująca. Wspomniane na wstępie - ciekawa okładka  (i ogólna dbałość o wydanie) oraz notka wydawcy sugerowały rozrywkę na niezłym poziomie. Po lekturze powieści Tadeusza Biedzkiego muszę szczerze napisać, że jest jedynie przeciętnie. A szkoda, bo pomysł na fabułę był naprawdę udany. 


źródło: www.ksiegarnia.bernardinum.pl
Informacje o książce

autor Tadeusz Biedzki
tytuł Ostatnie srebrniki

wydawnictwo Bernardinum
miejsce i rok wydania Pelplin 2017
liczba stron 224

egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 3/6






za udostępnienie egzemplarza powieści 
do recenzji


środa, grudnia 13, 2017

Bartosz Szczygielski "Krew"

Bartosz Szczygielski "Krew"

Bartosz Szczygielski zadebiutował udaną Aortą (więcej) kryminałem miejskim, w którym na nowo odczytał motywy spod znaku noir. Powieść o komisarzu Gabrielu Bysiu i pruszkowskiej mafii okazała się nie lada sensacją na rynku wydawniczym i zebrała całkiem sporo pozytywnych opinii. Sam autor wysoko podniósł sobie poprzeczkę, a finał, który zgotował bohaterom swojego debiutu, zaostrzył apetyt na więcej. I oto jest drugi tom serii z Bysiem, czyli Krew. Czy nowa książka dorównuje debiutowi i czy pisarz poradził sobie z syndromem drugiej powieści? W mojej ocenie jak najbardziej, choć nie ukrywam, że trochę też mnie zaskoczył.

Po dramatycznych wydarzeniach opisanych w Aorcie Gabriel Byś zostaje skierowany na przymusowe badania psychiatryczne i tym samym ląduje w kolejnym mocno rozpoznawalnym miejscu - Tworkach. Zamiast jednak spokojnie dochodzić do siebie, Gabriel trafia na makabryczne znalezisko. I choć szok mija, to przed bohaterem powieści cały szereg wydarzeń, które utrudnią mu powrót do psychicznej równowagi. Nie da się ukryć, że miejscu takim, jak Tworki, zdecydowanie nie będzie mu łatwo. Równolegle z wydarzeniami związanymi z Bysiem, czytelnik poznaje dalsze losy pruszkowskiej prostytutki Kaśki Sokół. Bohaterka znana z Aorty nadal robi wszystko, aby uwolnić się spod kurateli Andrzeja Dziergi - szefa lokalnych struktur mafijnych. Tylko kwestią czasu jest, kiedy dwa ciągi fabularne połączą się w jedną całość, zostawiając czytelnika w niemałym zaskoczeniu po finale drugiego tomu. 


Krew mogła być podobna do Aorty, bowiem autor miał, sprawdzony już w pierwszej części, pomysł na fabułę. A jednak Bartosz Szczygielski wybrał inną drogę. Bo choć kompozycyjnie fabuła Krwi jest zbieżna z debiutem, to jednak zmienił się klimat historii i  przesunął punkt ciężkości. Nadal charakterystycznym chwytem jest przejście między scenami, które łączy pomost oparty na grze słów, co daje wrażenie szybkiego montażu filmowego. Autor narzuca więc czytelnikowi pewne tempo i dynamizuje opowieść, choć warto zauważyć, że Krew ma dwie prędkości. Część poświęcona Gabrielowi Bysiowi jest wolniejsza, fragmenty związane z Kaśką Sokół - zdecydowanie przyspieszają. Przeniesienie akcji do szpitala psychiatrycznego pozwoliło autorowi zmienić klimat opowieści. Wydarzenia, w których uczestniczy zawieszony w czynnościach komisarz, chwilami wydają się aż nierealne i ani bohater, ani tym bardziej czytelnicy nie mogą mieć pewności, czy to, co dzieje się w Tworkach to prawda, czy produkt nafaszerowanego lekami umysłu. Zamknięta, chwilami wręcz klaustrofobiczna przestrzeń szpitala sprawia, że czytelnik czuje się tak, jakby to on sam był jednym z pacjentów. Całe szczęście, że Gabriel ma wsparcie w osobie sierżant Moniki Ruszki, bo bez niej chyba byłoby mu jeszcze trudniej. Pobyt w szpitalu pozwala mu zebrać myśli i przeanalizować wydarzenia, w których uczestniczył. Trudno nie odnieść wrażenia, że Byś jest cieniem samego siebie, ale mam nadzieję, że weźmie się w garść - ma jeszcze sporo spraw do wyjaśnienia. 

Nie tylko zmienia się klimat Krwi, ale w mojej ocenie także punkt ciężkości przesuwa się w stronę Kaśki Sokół. To, co dzieje się wokół tej bohaterki sprawia, że przez całą lekturę powieści mocno trzyma się kciuki - zarówno za nią samą, jak i za powodzenie jej planów. Jednak to, co Bartosz Szczygielski zgotował swoim bohaterom, w tym Kaśce, sprawia, że oczy otwierają się szeroko ze zdziwienia. Nie zmienia to mojego osądu, że to właśnie wątek pruszkowskiej prostytutki dominuje w drugiej odsłonie cyklu i rzuca nowe światło na jej przeszłość. I niezwykle mało mówi o przyszłości.

Krew przypadnie do gustu czytelnikom, którzy w powieści kryminalnej szukają nowych wrażeń i oczekują elementu zaskoczenia. Motywy noir autor odczytuje na nowo, bawiąc się konwencją powieści gatunkowej. Jest zabawnie, ale trochę inaczej niż w debiucie, bo to humor bardziej wisielczy. Dosadność językową z Aorty Bartosz Szczygielski zamienił na dosłowność opisów razów zadawanych bohaterom. Jest mocno, aż boli, naturalistycznie i bez ogródek. To także element czarnego humoru powieści, którą charakteryzuje niejednoznaczna fabuła, pokręcone losy bohaterów i mroczniejszy klimat opowieści. Drastyczne sceny (może nie dominują w narracji, ale jak już są, to ...) w moim odczuciu stanowią ukłon w stronę popularnych powieści pulp fiction, do których pisarz (tak mi się zdaje) dyskretnie puszcza oczko. Zmiana tonu trochę mnie zaskoczyła i potrzebowałem czasu, aby się z nią oswoić, ale ostatecznie autor mnie przekonał, bowiem finał Krwi sugeruje, że dopiero będzie się działo. Niecierpliwie czekam na trzeci tom. I obawiam się, że autor nie będzie łaskawy ani dla swoich bohaterów, ani dla czytelników.


źródło: www.empik.com
Informacje o książce

autor Bartosz Szczygielski
tytuł Krew

wydawnictwo WAB
miejsce i rok wydania Warszawa 2017
liczba stron 400

egzemplarz recenzencki
recenzja oficjalna dla portalu lubimyczytac.pl
Nowalijki oceniają 5-/6





za udostępnienie powieści do recenzji


sobota, grudnia 09, 2017

Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński "Pudełko z marzeniami"

Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński "Pudełko z marzeniami"

Literatura obyczajowa w wydaniu romantycznym nie należy do moich ulubionych gatunków. Dodatkowo z dystansem podchodzę do tytułów, które pojawiają się w okolicy świąt Bożego Narodzenia. Zdarzyło mi się bowiem przeczytać jedną, czy dwie powieści związane z tym okresem i  pisząc oględnie, zachwytu nie odczułem. Jednak cała zabawa polega na tym, aby czasem zejść z utartego szlaku i przeczytać powieść spoza głównego nurtu zainteresowań. Dlatego skuszony nazwiskami pary autorów, którzy na polskim rynku wydawniczym tworzą sympatyczny i rozpoznawalny duet, zachęcony urokliwą okładką ... przeczytałem Pudełko z marzeniami Magdaleny Witkiewicz i Alka Rogozińskiego. To było moje pierwsze spotkanie z książką Specjalistki od szczęśliwych zakończeń i kolejne z fabułą Księcia komedii kryminalnej. I choć po jednej książce trudno ocenić, czy będę częściej sięgał po tego typu literaturę, to muszę napisać, że absolutnie nie żałuję literackiej wyprawy do Miasteczka. Historia Malwiny, Michała, (zdaje się, że już kultowej) pani Wiesi i innych postaci z Pudełka z marzeniami dostarczyła mi ogromnej dawki pozytywnej energii i pozwoliła serdecznie się pośmiać. Przy okazji też zrozumiałem chyba, na czym polega fenomen powieści Magdaleny Witkiewicz, bo po lekturze pięciu książek Alka Rogozińskiego, w przypadku tego autora,  sprawa jest dla mnie jasna.

Malwina postanawia rzucić pracę w korporacji i wraz z ekscentrycznym chłopakiem poprowadzić restaurację w miasteczku ... Miasteczko, gdzieś na północy Polski. Problem w tym, że takie życie nie odpowiada jej partnerowi, który pewnego dnia wyjeżdża i nie wraca. W tym samym czasie Michał przeżywa poważne problemy sercowe i biznesowe. Kiedy przez przypadek dowiaduje się, że w czasie wojny jego rodzina ukryła skarb w ... Miasteczku, postanawia postawić wszystko na jedną kartę. Przyjeżdża do miejscowości, z której pochodzili jego przodkowie i zamierza wprowadzić w życie misterny plan. Na drodze staje mu, niczego nieświadoma Malwina, a to dopiero początek historii - ze śniegiem, światełkami wygrywającymi disco polo i zakończeniem, które ... po prostu trzeba przeczytać.



Pudełko z marzeniami duetu autorskiego Witkiewicz&Rogoziński to komedia romantyczna z delikatnym wątkiem, jeśli nie kryminalnym, to z pewnością sensacyjnym, którego nie powstydziłaby się Joanna Chmielewska. Akcja powieści rozgrywa się w miejscu może trochę zapomnianym przez cywilizację, ale pełnym uroku i klimatu, którego coraz trudniej doszukać się we współczesnym świecie. Niezaprzeczalnym atutem książki są jej bohaterowie, ale o dziwo, niekoniecznie wspomniani Malwina i Michał. Mnie kupiły dwie starsze panie - znana z Pracowni dobrych myśli pani Wiesia i babcia Malwiny - Janinka, która po latach wróciła z Francji. Obie tworzą fantastyczny duet, od którego młode pokolenie może się uczyć poczucia humoru i radości życia. Pani Wiesia ma fifi w internacie, a babcia Janinka trzyma pewien ważny przedmiot w powieści ... Róży Krull, więc możecie sobie wyobrazić, do czego zdolne są rezolutne staruszki. Śledząc akcję powieści i śmiejąc się z żartów oraz autoironicznych wstawek, byłem ciekaw, za które fragmenty odpowiada Alek Rogoziński, a które są dziełem Magdaleny Witkiewicz. Myślę, że wytypowałem poprawnie.

Rozpoczynając lekturę Pudełka z marzeniami zastanawiałem się po pierwsze, czy powieść napisana w duecie sprawdzi się literacko, a po drugie, czy czasem nie okaże się, że wątek romansowy nie zdominuje fabuły. I po przeczytaniu książki wiem, że taki duet ma sens i znakomicie się sprawdził, a historia równoważy elementy obyczajowe oraz zabarwione sensacyjnie, udanie łącząc i humor, i  magię najpiękniejszych dni w roku. 

Wspólna książka Magdaleny Witkiewicz i Alka Rogozińskiego to duża dawka pozytywnej energii, humoru i ulotnego czaru Bożego Narodzenia. To także wyraz tęsknoty autorów (a pewnie i czytelniczek/ków) za światem, w którym marzenia zwyczajnie się spełniają, splątane ścieżki prostują a ludzie, jeśli jest im to pisane, z pewnością na siebie trafią. Z pomocą świętego Ekspedyta, albo nawet i bez. A jeśli go nie znacie, to od czego macie fifi w internacie?



Informacje o książce

autorzy Magdalena Witkiewicz
Alek Rogoziński
tytuł Pudełko z marzeniami

wydawnictwo Filia
miejsce i rok wydania Poznań 2017
liczba stron 336

egzemplarz zakup własny
Nowalijki oceniają 5/6




czwartek, grudnia 07, 2017

Jozef Karika "Strach"

Jozef Karika "Strach"

Strach. Potrafi być irracjonalny, namacalny, paraliżujący. Chłód. Przenikliwy, dokuczliwy, może panować, można go odczuwać. A co, jeśli te dwa odczucia połączyć w jedną całość i uczynić motywem powieści? Zadanie z pozoru wydaje się karkołomne, ale gdyby poszperać w przykładach literatury popularnej, to z pewnością można się doszukać, choćby prób, wykorzystania takiego tematu. Jozef Karika, słowacki autor thrillerów, horrorów i powieści sensacyjnych, postanowił odczytać ten wątek na nowo, czyniąc go kanwą powieści Strach. Już od pierwszych stron czytelnik zostaje wciągnięty w fabułę, w której uczucie głębokiego niepokoju wzmacnia wszechogarniający chłód. I gdzieś tam, w mroźnym lesie czai się zło, które tylko czeka, aby obnażyć kły i rzucić się do gardła upatrzonej wcześniej ofierze.

Jożo Karsky, główny bohater i jednocześnie pierwszoosobowy narrator powieści, po wielu latach wraca do rodzinnego miasta Rużomberka. Jego związek właśnie się rozpadł, mężczyzna stracił pracę i tym samym perspektywy jego rozwoju znacząco się skurczyły. Na tyle, że po powrocie zamieszkał w swoim dawnym mieszkaniu, nierozerwalnie kojarzącym się z traumą z dzieciństwa. Po śmierci matki i umieszczeniu ojca w domu opieki, mieszkanie stoi puste, ale Jożo ma wrażenie, że nie przebywam w nim sam... Tymczasem Słowację nawiedza wyjątkowo mroźna zima, paraliżując życie mieszkańców, otoczonego lasem i górami niewielkiego osiedla. Kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach zaczynając znikać dzieci, Jożo uświadamia sobie, że koszmar z jego przeszłości powrócił ze zdwojoną siłą. Im niższe temperatury, tym niebezpieczniej robi się w sennym Rużomberku.

Strach Jozefa Kariki to przykład powieści, która wymyka się jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej. A z pewnością nie reprezentuje gatunkowo tylko horroru, choć atmosfera strachu i niepokoju towarzyszy czytelnikowi od pierwszych stron. Autor umiejętnie buduje napięcie, choćby dzięki temu, że narracja w pierwszej osobie pozwala na przemilczenia i niedomówienia. Wydarzenia, które rozgrywają się na małej przestrzeni osiedla mieszkaniowego, budzą niepokój, prowokują do wielu pytań. Złowrogi las wokół bloków i sąsiedztwo gór sprawia, że zło, które co jakiś czas pojawia się na kartach powieści, jest spotęgowane. Niepokój spowija świat bohaterów książki, wywołując nieprzyjemne uczucie klaustrofobii. Kolejne rozdziały przynoszą nowe fakty, ale Karika na tyle sprawnie operuje słowem, że czytelnik odczuwa raczej dezorientację, podobnie zresztą jak i bohaterowie powieści. Trudno rozróżnić, czy Jożo śni na jawie, czy wspomina, a może jego  przeżycia są efektem działaności sił nie z tego świata? Wraz z bohaterem, krok po kroku, wpadamy w paranoję, ale i odkrywamy prawdę. I jak na  dobrze skonstruowaną  opowieść przystało to, co właściwie mimochodem odkryje czytelnik, zdecydowanie go zaskoczy. I takie właśnie zakończenia lubię najbardziej. 


Po Strach Jozefa Karika sięgnąłem z ogromnym zaciekawieniem. Choćby dlatego, że wcześniej nie czytałem podobnej literatury zza naszej południowej granicy. I wprawdzie autor raczej nowym Kingiem nie zostanie, to szczerze muszę napisać, że powieść mnie wciągnęła i mocno kibicowałem pisarzowi, żeby niczego nie zepsuł w tej książce. Muszę przyznać, że małem moment zwątpienia (przy fragmencie z zapiskami pewnego archeologa - amatora), ale Karika na szczęście nie poszedł w klimaty znane z horrorów Grahama Mastertona i sprytnie wybrnął z wątku bardziej efekciarskiego niż efektownego. 

Miłośników mocnych horrorów Strach pewnie specjalnie nie zaskoczy, ale to powieść warta uwagi. Przynajmniej dla mnie, sięgnięcie po słowacką powieść okazało się odświeżającym doświadczeniem, odpoczynkiem od podobnych tekstów rodem z kultury anglosaskiej. Karika, mimo że trudno nie dostrzec  u niego inspiracji choćby wspomnianym Kingiem, zaproponował kawał niezłej literatury rozrywkowej, zręcznie opowiedzianej i sprawnie napisanej. I co najważniejsze dla mnie - autor nie podsuwa swojemu czytelnikowi gotowych rozwiązań i nie daje jasnych odpowiedzi. Zostawia wolną rękę w kwestii interpretacji kolejnych wydarzeń, co czyni Strach atrakcyjną pozycją na długi zimowy (szczególnie zimowy!) wieczór. 


źródło: www.empik.com
Informacje o książce

autor Jozef Karika
tytuł Strach
tytuł oryginału Strach
przekład Joanna Betlej

wydawnictwo Stara Szkoła
miejsce i rok wydania Wołów 2017
liczba stron 300

egzemplarz recenzencki
patrona medialny bloga
Nowalijki oceniają 4+/6





za udostępnienie egzemplarza do recenzji


niedziela, grudnia 03, 2017

JØRN LIER HORST "Gdy morze cichnie"

JØRN LIER HORST "Gdy morze cichnie"

Są takie serie kryminalne po które sięgam w ciemno, nawet jeśli autorowi zdarzyły się słabsze fabuły. Tak mam w przypadku Camilli  Läckberg czy Katarzyny Puzyńskiej, tak dzieje się również z powieściami Jørna Liera Horsta. Do tego ostatniego mam zresztą szczególny sentyment, ponieważ po cykl o komisarzu Wistingu sięgnąłem na początku prowadzenia bloga. I właściwie po pierwszej przeczytanej książce zostałem fanem norweskiego pisarza, który ujął mnie chłodnym klimatem historii i stonowaną fabułą. Piszę o tym nie bez powodu, ponieważ nowa po polsku, a trzecia w kolejności książka Horsta Gdy morze cichnie to próba skierowania serii na trochę inną ścieżkę. Czy to próba udana? A to zależy, czego się oczekuje.

O tym, że Stavern poza sezonem tylko z pozoru jest sennym miasteczkiem, polski czytelnik zdążył się już przekonać. Tym razem akcja znów toczy się w tym nadmorskim kurorcie. Najpierw policja dostaje zgłoszenie o nieprzytomnym mężczyźnie leżącym na schodach apteki. Zaraz potem wybucha pożar domu letniskowego i w zgliszczach strażacy znajdują zwęglone zwłoki. Komisarz William Wisting nabiera podejrzeń, kiedy okazuje się, że to nie koniec makabrycznych odkryć, a tropy prowadzą poza granice Norwegii. I dlaczego szefowa Wistinga robi wszystko, aby śledztwo utknęło w martwym punkcie? I co wspólnego z wydarzeniami w Stavern ma sytuacja polityczna w Iraku? Albo Pokojowa Nagroda Nobla?

Jørn Lier Horst zdążył już przyzwyczaić czytelników do charakterystycznego, rozpoznawalnego po kilku pierwszych stronach stylu opowieści, w której prym wiedzie skrupulatny i wiecznie zamyślony komisarz William Wisting. Mocną stroną serii jest pokazanie wnikliwości, z jaką policjant i jego podwładni badają kolejne miejsca zbrodni, analizują fakty, łączą w całość niepasujące elementy układanki. Praca na posterunku przeplata się z wątkami obyczajowymi, pokazującymi prywatne perypetie bohaterów. Zasadniczo dzieje się wiele, ale dzięki wolniejszemu tempu, Horst ma szansę na wyeksponowanie istoty drobiazgów, czy pochylenie się nad nurtującymi bohaterów problemami społecznymi. Gdy morze cichnie ma wszystkie składniki stylu Horsta, ale punkt ciężkości przeniesiony jest z postaci Wistinga na fabułę, która wprowadza nieobecne wcześniej elementy. Nie wchodząc w szczegóły historii napiszę jedynie, do śledztwa przyłączają się służby specjalne, a lokalne dochodzenie zyskuje międzynarodowy wydźwięk. Wisting zostaje wplątany w intrygę, która może kosztować nie tylko jego reputację, ale i życie ważnych dla niego osób. 


Czytając trzeci tom cyklu odniosłem wrażenie, że Jørn Lier Horst szukał dla swojego bohatera i całej serii nowej drogi, która pozwoliłaby mu wprowadzić do fabuły element zaskoczenia i tym samym otworzyć pisarzowi nowe możliwości. Wisting trochę niebezpiecznie zbliżył się do całej plejady bohaterów wykreowanych na potrzeby powieści sensacyjnych. Na szczęście jednak, mimo że na wizerunku komisarza pojawia się wyraźna rysa, autor oszczędził swojego bohatera i choć nie wiem, co wydarzy się w nieopublikowanych po polsku tomach IV i V, to kolejne części utwierdzają mnie w przekonaniu, że Wisting jest taki, jaki być powinien. 

Często spotykam się z oceną, że cykl o norweskich policjantach jest nudny, albo przewidywalny. Trudno mi dyskutować z gustem innych czytelników, ale dla mnie atutem serii jest spokojniejszy ton  narracji i bohater - elokwentny, staroświecko elegancki pasjonat swojego zawodu. I niezły obserwator natury ludzkiej, który z nutą nostalgii obserwuje zmieniającą się wokół rzeczywistość. Wielbicielom szybkiego tempa akurat Gdy morze cichnie z pewnością przypadnie do gustu, bo faktycznie w tym tomie dzieje się wiele i jak na Horsta - również szybko. Dla wszystkich innych, nowa książka norweskiego autora to pewnie jeszcze jedna bardzo dobra powieść policyjna i spotkanie z ulubionymi bohaterami. A że czasem zaskakują? Chyba właśnie o to chodzi.


źródło: www.empik.com
Informacje o książce

autor Jørn Lier Horst
tytuł Gdy morze cichnie
tytuł oryginału Når havet stilner
przekład Milena Skoczko

wydawnictwo Smak Słowa
miejsce i rok wydania Sopot 2017
liczba stron 348

egzemplarz recenzencki
Nowalijki oceniają 4+/6





Dziękuję wydawnictwu Smak Słowa 
za udostępnienie książki do recenzji.


sobota, grudnia 02, 2017

PODSUMOWANIE MIESIĄCA - LISTOPAD 2017

PODSUMOWANIE MIESIĄCA - LISTOPAD 2017

*Listopad. Liści opad. A tak całkiem serio to liczyłem, że w tym niespecjalnie "wyjściowym" miesiącu nadrobię zaległości recenzenckie (jako tako) i sięgnę po lektury z kupki "może kiedyś - kupione i odłożone". Nic z tego - nie dość, że w pracy urwanie głowy, to jeszcze jakoś nie ciągnęło mnie do czytania. Wprawdzie dziewięć tytułów i tak całkiem sporo, ale plany były ambitniejsze. Wniosek na przyszłość? Żadnych planów. 


* Listopadowa lista przeczytanych książek wygląda zatem następująco (aby przejść do recenzji, wystarczy kliknąć w tytuł):

1. Daniel Koziarski "Ciemnokrąg" - patronat
3. Marcel Woźniak "Mgnienie"  - patronat
4. Miroslav Pech "Uczniowie Cobaina"
5. Marta Guzowska "Reguła nr 1"
6. Elisabeth Winder "Marilyn na Manhattanie"
7. Joanna Bator "Purezento"
8. Stephen King i Richard Chizmar "Pudełko z guzikami Gwendy"
9. Laetitia Colombani "Warkocz"


* W listopadzie podjąłem jeszcze jedną (i już wiem, że ostatnią) walkę o zwiększenie obecności na Instagramie. Nic z tego nie wyszło i odpuszczam. To znaczy, zostaję, bo wciąż lubię tę społecznościówkę, ale wrzucanie 5 zdjęć dziennie, tyle samo (jak nie więcej InstaStory), fotki z nogami w kabaretkach (albo i bez) inicjowanie dyskusji pod każdym nowym zdjęciem - to zwyczajnie nie dla mnie. Wiem, że dla zwiększenia zasięgów i przychylniejszych algorytmów to jedyna i skuteczna droga, ale mnie zwyczajnie szkoda na to czasu. Wolę coś poczytać, albo obejrzeć na Netflixie. Ale od czasu do czasu coś do Was rzeknę, bo okazało się, że chcecie mnie słuchać. No to nie mogę Was zawieść. 

Kto ma polubić www.instagram.com/nowalijki, ten polubi, komu ze mną nie po drodze, ten odejdzie. Chyba obaj (IG i ja) dostaliśmy zadyszki i jeden z nas (ja) zdecydował się zluzować.


*Nie miałem w planach, ale na chwilę wpadłem do Warszawy, która okazała się dla mnie łaskawa i na jeden dzień zafundowała mi piękną późnojesienną pogodę.




*Obejrzałem II sezon "Stranger Things" i muszę przyznać, że po zachwycie z I sezonu zostało niewiele. Ba, były takie odcinki, które mnie znużyły i w sumie dopiero finał przywrócił wiarę w potencjał tej produkcji. Ma powstać III seria i liczę, że pojawią się emocje rodem z początku serialu.


*Dla widzów, którzy nie są zbyt pruderyjni, polecam animację "Big Mouth" - z mocnym językiem, świetnym dubbingiem i tematyką ... no ..hm .. plus minus w okolicach rozporka. Niezłe, naprawdę niezłe ;) Ale nie dla każdego widza.


*No i w końcu, z dużym poślizgiem pojawiły się na Netflixie "Różowe lata 70." Serial nie jest całkiem nowy, ale ja "zgubiłem gdzieś" ostatnie sezony i chętnie je sobie obejrzę, do czego i Was zachęcam. Nie jest to serial szczególnie wybitny, ale też nie ogląda się go z poczuciem zażenowania. I trafiają się smaczki.


*Trochę przez przypadek trafiłem na płytę żeńskiego trio Leading Ladies. Panie, na co dzień śpiewające w musicalach w Londynie i Nowym Jorku nagrały covery znanych broadwayowskich przebojów. A że mają głosy jak dzwon(y) i kawałki są dość znane, to całej płyty słucha się z dużą przyjemnością. Polecam! 

A i nie sugerujcie się okładką w stylu środkowych sezonów nieodżałowanej "Dynastii" - cóż Broadway rządzi się własnym prawami ;) 


* Te dwa polskie kawałki wpadły mi w ucho i uporczywie domagają się słuchania:




*W listopadzie 2015 recenzowałem między innymi:


*A rok później:


*Permanentny brak czasu powoduje, że nie udzielam się za bardzo na innych blogach. Częściej czytam i oglądam niż komentuję. Ale są takie miejsca, do których uderzam w ciemno. I dlatego postanowiłem, że w podsumowaniu miesiąca będę polecał Wam jeden blog. 

Na początek zapraszam Was do Karoliny Sosnowskiej i jej Tanayah czyta - link. Niewiele jest miejsc w sieci, do których mogę iść w ciemno i wiem, że choć nie zawsze wybieramy podobne lektury, to recenzje Karoliny są wyważone, świetnie napisane i przemyślane. I nikt, jak Karolina nie podsumowuje miesiąca :) Oglądam i zazdroszczę, a Was serdecznie zapraszam. 

Karolina pisze o książkach od 2013 roku i robi to modelowo!


*Na dziś to tyle. Mam nadzieję, że grudzień okaże się jednak łaskawszy. Jak będzie? Poczytamy - pożyjemy - zobaczymy! 


*Zostawiam Was z kawą i ciastkiem - rozpieszczajcie się nie tylko zimą. Dziękuję za odwiedziny i komentarze! 

Do miłego!
Tomek
Copyright © 2016 Nowalijki , Blogger